Wie, że zjeżdża ku ziemi, zjeżdża z góry, a nie w dół, ale i tak ma wrażenie, jakby znajdował się w wiadrze spuszczanym do studni, ciężka kula ląduje na dnie żołądka, uczucie trochę jak przed pijackim rzyganiem, najpierw mięśnie kurczą się w dole, brzuch staje się ciężki, Miron zawsze lubił swoją klaustrofobię, oswajał ją przez całe lata, winda jest dla niego Wechikułem, wytwarza uczucie perwesyjnego lęku, lęku przyjemnego, prawie jak bieganie po pijaku po dachu wieżowca -
Jest w windzie sam, jakaś babcia w fioletowym żakieciku wysiadła na pięćdziesiątym czwartym, torebkę miała różową, nieco się to gryzło, szminka na pomarszczonych ustach też różowa (Miron pomyślał o swojej matce), różowy lakier na paznokciach, wszystko różowe -
Jest więc sam, tylko on i Naciek, śluz na ścianie windy, na metalowych płytach i kawałku lustra. Śluz zdaje się być gęsty i zastygły jak kisiel. Miron myśli: to tak, jakby do windy nasmarkał gigant, nasmarkał lub chociażby splunął, przecież to nie grzyb, skąd się to coś wzięło? Nie chce już patrzeć na Naciek, przyciska ramię do przeciwległej ściany, patrzy w lustro, palcami przeczesuje włosy, bardziej jasne niż ciemne i bardziej długie niż krótkie, próbuje myśleć o duperelach, jakie ciastka kupi w sklepie, może jeszcze przed imprezą powinien się ogolić -
Ale Naciek wciąż tam jest, może wcale jeszcze nie taki zastygły, gałki oczne Mirona obracają się, najpierw one, a potem szyja, wzrok Mirona wlepia się w przezroczyste strużki, chociaż Miron mówi mu nie, wydzielina (ale wydzielina czego? kogo?) wciąż płynie, apatycznie, ledwo, ledwo, o milimetr, o dwa, w dół, w dół, w dół! Ręka Mirona wyszarpuje z dżinsów paczkę chusteczek higienicznych, a potem przykłada ją do usyfionego fragmentu lustra. Breja nie jest ani ciepła, ani zimna, jest za to kleista, i ręka Mirona nie może już od niej oderwać jednorazówki. Miron puszcza więc chusteczkę i staje w drugim kącie windy, i myśli o goleniu, jednocześnie pytając o Naciek, a pytanie brzmi: co to? Miron ma nadzieję, że nie to, co przyszło mu do głowy, gdy tylko wsiadł do windy.
Dziwne: im dłużej windą jedzie, tym bardziej wydaje mu się ona ciasna. Jakby sufit ciążył ku podłodze, a ściany niezauważalnie się schodziły; to samo z temperaturą, powietrze staje się gęstsze, zaraz lustro zajdzie parą -
Ale jest już Miron na parterze, rozlega się dzwonek, drzwi windy wędrują każde skrzydło w swoją stronę, i Miron, cały spocony, wychodzi na korytarz. A na korytarzu jest zimno i Miron drży. Bo drżeć wypada tylko z zimna.



